Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Zapiski...

bloguje : MonRon


StAtYsTyKi

24476


 

KoCiA XiĘgA

Zobacz ślady innych
Zostaw ślad po sobie


 

ArChIwUm

2009
Październik
Czerwiec
Kwiecień
2008
Grudzień
2007
Grudzień
Wrzesień
Sierpień
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń


 

LiNkI:

Alexander Klaws
Alexander Klaws Forum
ModernTalking.pl


 

MuSiC:



 

projekt: Szablonownia

10/05/2007 15:45:30

Zapiski...


Niedziela, 6 maja, w domu, u babci


Właśnie zabrałam się za moją jakże wyśmienitą pracę – próbowałam dokończyć dziewczynę Herculesa, która póki co ode mnie otrzymała włosy oraz twarz bez jednego oka oraz ust, biedulka. Jednak jakoś nie mogę się na tym skupić i rysować dalej, same nie wiem, co się ze mną dzieje. Ale za to wzięło mnie na sklecenie kilku zdań. Siedzę sobie w domku, dziadki za plecami mi się kłócą jak zwykle o jakąś błahostkę (tym razem poszło o krzyżówkę w gazecie), a ja ze słuchawkami na uszach próbuję sklecić jakiś sensowny tekst. Kiedy tak sobie siedziałam na wersalce, w głowie miałam tyle pomysłów i już mi się tekst układał, zdanie po zdaniu czym nakarmić czytelników, ale kiedy w końcu udało mi się tutaj zasiąść, w mojej głowie rozbrzmiała pustka. Wręcz takie echo, które odbija moje myśli. Coś ostatnio krucho u mnie z koncentracją. A kiedyś byłam takim skoncentrowanym dzieckiem... mama mi opowiadała, że jak byłam mała i oglądałam jakąś bajkę, no dobra, wieczorynkę, to można było do mnie mówić, i mówić, a ja nic nie słyszałam, bo tak byłam skupiona na przygodach „Gumisiów” czy tam innych stworzonek. A teraz? Teraz nawet ze słuchawami na tych uszach nie potrafię normalnie funkcjonować jak każdy inny człowiek i zająć się własnymi myślami, a raczej przelaniem ich na kompa...
Ocho, babcia się naprawdę wkurzyła na dziadka, bo aż poszła na papierosa na balkon i przymknęła drzwi, żeby mi nie leciał dym... Ja wiem, dziadek to dupek, przegrał swoją rentę w kasynie, ale zamiast się z nim o to kłócić i go porządnie zjechać (swoją drogą mój wujek to dopiero niezły DUPEK. Zapytacie dlaczego? Otóż to jego syn, więc powinien stanąć w obronie matki, a on się tylko biernie temu przygląda), a nie o jakieś nieznaczące drobiazgi. Jak bozię kocham, chyba nigdy nie wyjdę za mąż (taaa, zresztą kto by mnie chciał), bo i po co, skoro faceci to w gruncie rzeczy same dupki? Na samą myśl aż musiałam wypić trochę soku grejpfrutowego, żeby dać nieco upust moim emocjom.
Aaaa... właśnie mi się przypomniało czego zapomniałam dodać w ostatniej nocie. Otóż jak kiedyś tam (już nie pamiętam dokładnie jaki to był dzień, mogę jedynie powiedzieć, że było to między poniedziałkiem a piątkiem), jak wracałam z pracy pociągiem to usiadłam sobie przy oknie, gdzie było miejsce. I tam nad pojemnikiem z koszem była mała półka, a na niej, ku mojemu zdziwieniu, okulary, których ktoś po prostu zapomniał, więc nie ruszałam. Na miejscach po mojej przeciwnej stronie, usiadło dwóch chłopaków, którzy mogli mieć po maksymalnie 15/16 lat. Jeden z nich nieco mi przypominał Bastka, choć wcale nie wiem dlaczego, skoro ten był ciemnej karnacji i miał czarne włosy, kiedy to Bastek jest blondynem. Ale nieważne. Chodzi o to, że ci chłopcy to tacy „popisywacze”. Takie było moje pierwsze wrażenie, choć nie mam nic przeciwko ludziom, jeśli oczywiście nie wchodzą mi w drogę. Kiedy już dojeżdżałam na dworzec, to oczywiście poszłam w kierunku drzwi. Ci chłopcy ruszyli jakoś ponad minutę po mnie. I nie wiem, machinalnie się odwróciłam w ich stronę. I zobaczyłam, jak ten chłopiec przypominający mi Bastka trzymał w ręce te okulary, które leżały na półce, gdzie siedziałam i w geście pokazywał mi, że ich zapomniałam. Ja mu oczywiście pokazałam, że to nie moje. Ale i tak uważam, że to było bardzo miłe z jego strony, że chciał mi je oddać, bo zapewne myślał, że były moje, no bo i skąd miał wiedzieć, że kiedy tam przyszłam one już tam były? I w ten sposób upada mit o tym, że tacy „popisywacze” nie mają serca, są wredni, itd.
A teraz inna, podobna historia do wyżej opisanej. Któregoś dnia (po tym wydarzeniu w pociągu) wracałam sobie autobusem z uniwersytetu. Ja staję zawsze tak, że autobus otwiera drzwi przede mną i wchodzę pierwsza, żeby zająć sobie miejsce siedzące, bo w końcu jadę do domu całe pół godziny, więc z jakiej racji mam stać. Ale wracając do tematu: za mną wsiadło 5 chłopaków (też studenci, widziałam po legitymacjach) i rozsiedli się przede mną (ja zawsze zajmuję pojedyncze miejsca, o ile się da, a wtedy akurat takie było wolne). Wszyscy, poza jednym byli tacy „dżolowaci”, czyli takie gogusie, a w tym jeden był w stylu tego gościa z US5, który ma kolczyki w uchu, wygoloną brodę i dredy, tyle że ten nie miał dredów, ale nieważne. Kiedy dojechaliśmy do następnego przystanku, w autobusie nie było już miejsc siedzących, a wsiadły do niego dwie babcie – polski odpowiednik: moherowe berety. I jakie było moje zaskoczenie, kiedy to ten a’la facet z US5 pierwszy wstał ze swojego miejsca i zaoferował babciom swoje siedzenie. Gdyby nie to, że ten „normalny” gość siedział z nim, to by się nawet nie podniósł. Po prostu było widać w jego wyrazie twarzy, który skierował do tego a’la US5 „chłopie, co ty wyprawiasz?!”, ale nie wypadało mu, zwłaszcza, że ten pierwszy od razu wstał i ze SZCZERYM uśmiechem odstąpił babciom swoje miejsce. I jak pokazał kolejny przykład, nie należy się kierować jakimiś stereotypami, w których to ten a’la z US5 powinien nie zwrócić uwagi na te babcie, a ten „normalny” z nim siedzący powinien się zerwać ze swojego miejsca. Nieważne jak ktoś wygląda i jak się popisuje: wychowanie z domu pozostanie na wieki.
Właśnie nabrałam ochoty na czekoladę, boziuuuu, czemu ja jej wczoraj nie kupiłam, kiedy te sklepy były jeszcze pootwierane? [notatkę piszę dzisiaj, w niedzielę, a umieszczę ją dopiero jutro, bo w domu nie mam neta]. Tak bym sobie zjadła coś takiego, a w domu nie ma ani grama... są tylko chipsy, a ja nie mam ochoty... aż mnie skręca i mam sucho w ustach. Tak to jest, kiedy się jest dziewczyną, choć w zasadzie mocno się nad tym zastanawiam czy to prawda, gdyż wiele zachowań mam chłopięcych, że już nie wspomnę o rozmiarze buta 41/42...
Tak się ostatnio zastanawiałam czy ja w ogóle mam jakiś talent... bo ludzie, których znam, to potrafią się czymś wykazać, a ja nada. Cokolwiek bym nie robiła, to nic nie jest dość dobre, by to uznać za jakiś wrodzony talent. No, pomijając talent do suszenia kwiatków, czego w zasadzie nie można zaliczyć do pozytywnych rzeczy. No dooobra, potrafię się dobrze opiekować zwierzakami i wytresować je tak, że z radością wykonują moje polecenia. Ale to nie jest żaden talent, a jedynie podejście. Nawet nie umiem grać na żadnym instrumencie (poza wyuczonymi na pamięć jakimiś kolędami na keyboardzie). Czy jestem naprawdę jedyną osobą beztalenciem?
Dzisiaj rano mama do mnie dzwoniła i zapowiedziała mi, że przyjedzie na jeden dzień na „Zielone Świątki”, więc zapytałam ją, kiedy to jest, bo jak można mieć pojęcie o tym, kiedy się jest wszem i wobec znaną bezbożnicą (babcia mnie tak ochrzciła, kiedy nie chciałam iść z nią na Mszę Św.). Mama odpowiedziała, że 27 maja, co mnie ucieszyło, że nie 19, bo wtedy, jeśli dobrze pójdzie, to 18 maja znowu pojadę na „Tanz der Vampire”, tyle że uwaga, uwaga, na dzień otwarty! JA na DZIEŃ OTWARTY, gdzie można chodzić za kulisy i oglądać wszystko w teatrze, nie mówiąc już o polowaniu na aktorów tam grających. Jezuuu, to by było coś cudownego, gdyby się naprawdę okazało, że ja tam wtedy będę. I naprawdę nie byłoby mi głupio tak gonić za wszystkimi, bo to by było tak zorganizowane, że pojechałabym do CA, skąd pojechalibyśmy do Berlina, gdzie spotkalibyśmy się z amy (już wcześniej planowałyśmy sobie, że byłoby nam raźniej we dwójkę), więc byłoby całkiem inaczej, tak we dwie osoby. Wprawdzie jeszcze nigdy się nie widziałyśmy live, a znamy się tylko przez neta, głównie dzięki mojemu forum, ale hej, przecież skoro tam nam się fajnie gadało o dorwaniu Alexa, to naprawdę byłoby jeszcze lepiej. Bo to jest całkiem inaczej porozumiewać się we własnym języku. I wtedy byśmy zaszalały i pokazały tym wszystkim Niemcom jak to jest pogadać po polsku. No i może byśmy dorwały tam naszego rodaka grającego w tym przedstawieniu. To by było świetne, wypytać Kubę o wszystko, no dobra, głównie o Alexa, ale no co.. też by się ucieszył, że może sobie z kimś naprawdę normalnie pogadać. I Alex znowu by się patrzył na nas gadających we własnym języku, jak na jakieś ufoludki z Marsa, jak to miało miejsce w pewnym programie na RBB, kiedy to Polański tłumaczył Kubie coś po polsku, a Alex się tak na nich patrzył, hehe. I w końcu miałabym okazję opieprzyć tego pajaca za wszystko co mi zrobił, bądź nie zrobił (tu już mowa o całkowitym braku odpowiedzi na listy od fanów z Polski, które zostawiłam u jego mamy, a ona obiecała mu je przekazać, no i o pocztówkach dla niego, które to nie sfalsyfikowałam, bo nie wszystkie były od jego fanów, bo jakaś połowa to byli moi znajomi z klasy i rodziny, których wykorzystałam charakter pisma)... i w końcu by mi podpisał moje WSZYSTKIE okładki z jego płyt, i tym razem bym nie zapomniała, żeby je zadedykował dla MNIE. I właśnie wpadłam na pewien pomysł... Jeśli mi się to uda, to jeszcze poproszę go, żeby napisał jedno, dwuzdaniowe pozdrowienia dla odwiedzających moją stronę i wywiesiłabym sobie to na stronie. A może i nawet udałoby mi się go nakłonić, żeby napisał „pozdrawiam” po polsku. To by było pop prostu oszałamiające, aż mi serce zaczęło walić na samą myśl. I wcale nie dlatego, jak wszyscy sobie to wyobrażają, że niby jestem w nim zakochana. Może ciężko w to uwierzyć, ale ja go traktuję wręcz jak Bastka, mojego kuzyna. Jednak co by nie było to jest mój ulubiony piosenkarz, więc to by było coś naprawdę niesamowitego, gdyby napisał coś takiego dla mojej strony, która to 12 czerwca będzie obchodzić swoje 3 urodziny. Ha, to byłoby takie wyróżnienie. Echh, ale bujam w obłokach, czas zejść na ziemię, bo zacznijmy od tego, że znając to moje zezowate szczęście to nie dojdzie do żadnego wyjazdu, a jeśli już, to Alex się rozchoruje i wcale go tam nie będzie...
A jakby tego było mało, to moje mp3 się chrzani... najpierw mi spieprzyło piosenki (jedna urywa się w połowie, albo nachodzi na inną), to potem jeszcze nagrania na dyktafon... ale i to jakie nagrania!!! Najważniejsze dla mnie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! I wiem, że muszę zrobić format przez mp3, a nie przez kompa, to wtedy mu się odświeży, ale najpierw muszę skopiować moje nagrania (do połowy ocalały) na komputer, czego w ogól nie da się zrobić, bo jeśli tylko próbuję wykonać taką czynność, to wyskakuje mi komunikat, że plik został uszkodzony, nie da się go odczytać i skopiować.. ale co mnie to obchodzi, że się nie da??????? Ja chcę to skopiować, nieważne, że został uszkodzony (a dziwne, bo przez mp3 da się odtworzyć, a np. przez kompa już nie). I do tego nigdzie nie mogę znaleźć tych nagrań na kompie, bo nie jestem pewna czy je skopiowałam na niego zanim zostały uszkodzone... ale wydaje mi się, że tak, bo przecież wyodrębniłam jedną piosenkę z tego nagrania. Ale dopiero jak je znajdę, to wtedy zrobię format. Jezuuuu, dlaczego to spotyka akurat mnie???
Niepotrzebnie się w ostatniej notce wychyliłam z informacją, że mój kolejny clip będzie z podkładem hiszpańskim... A dlaczego? Bo otóż próbowałam, nawet sobie przetłumaczyłam kilka tekstów, ale żadne mi nie pasowało, kiedy już chciałam coś zacząć... w zasadzie to pasowało mi jedno wystąpienie AK na The Dome, ale... nie mogę tego wrzucić na WMM, bo to jest plik SVCD, więc nawet nie mogę go przerobić na .avi albo .mpg za pomocą programów, jakie posiadam... I dopóki mi się to nie uda, koniec z clipami po hiszpańsku. Ale przynajmniej na dzisiaj znalazłam sobie zastępcę, i o ile dobrze pójdzie, to coś dzisiaj sklecę. Pewnie się zastanawiacie co takiego. Haha, w ostatniej notatce napisałam, że będę robić clipy z piosenkami w językach, z jakimi mam choć trochę wspólnego, więc pewnie będzie wielkie zaskoczenie, kiedy na YT pojawi się teledysk mojej roboty z podkładem... tramtamtaaam: francuskim! Hahaha, jak ja po francusku umiem powiedzieć jedynie „bardzo dziękuję” i chyba tyle. Ale spokojnie, ta piosenka od zawsze mi się podobała, no i znalazłam sobie w necie jej oficjalne tłumaczenie, więc nie ma obaw, że coś pokręcę. No, przynajmniej mam taką nadzieję, bo nie odpowiadam za siebie i rzeczy, które robię pod wpływem silnych emocji (mowa o dniu otwartym w TdW).
Kiedy w piątek wracałam autobusem z uniwersytetu, w połowie drogi w moich słuchawkach podłączonych do mp3 usłyszałam „You” zespołu Switchfoot. I co ja głupia zrobiłam? Przypomniałam sobie scenę z filmu, kiedy on jedzie autem, zaraz po tym jak się dowiedział, że ona jest nieuleczalnie chora i się rozpłakałam. Dobrze, że nikt nie wsiadał na następnym przystanku, bo jezuuuu.
Wspominałam już jaka jestem genialna? Na początku tego tygodnia mama mi wysłała SMSa z zapytaniem jaką karmę ma kupić Nikkusiowi, bo mu się już skończyła. Tak więc ją opieprzyłam i przypomniałam, że jak mówiłam, żeby mu kupić więcej, to się upierała, że mu wystarczy. Ale oczywiście potem pojechałam do sklepu, żeby zobaczyć jakie oferują, bo oprócz rzeczy, które on zazwyczaj jada, nie znam na pamięć wszystkich karm produkowanych dla królików. Martwiłam się bardzo, że będzie ciężko znaleźć coś odpowiedniego, bo już nieraz kupowałam mu tutaj żarełko (ale nie dlatego, że mu się skończyło, a jedynie, żeby miał jakąś odmianę) i nie chciał go jeść, bo jest przyzwyczajony od małego na swojej karmie. Ale ku mojemu zdumieniu jak tylko weszłam do sklepu i trafiłam na stoisko dla małych zwierzaczków, w moje oczy rzuciło mi się niczym nie wyróżniające się zielone pudełko. Hej, zdjęcia papu na opakowaniu bardzo przypominało to polskie, więc zaraz przeczytałam skład, który również za bardzo się nie odróżniał. Ale żeby być pewną, to oczywiście otworzyłam to kartonowe pudełko, wysypałam trochę tego na rękę, pooglądałam, powąchałam, i kiedy już byłam pewna, że jest ok., spisałam wszystkie dane i wysłałam mamie SMSa, że właśnie tę karmę ma mu kupić. Martwiłam się, czy mu podejdzie, ale jak się wczoraj okazało, całkiem niepotrzebnie, bo mama mnie poinformowała, że zjada wszystko co tam jest, nie zostawia żadnego składnika. Jejciu, kamień mi z serca spadł, kiedy się o tym dowiedziałam, naprawdę. Niektórym mogłoby się wydawać co to takiego, ale dla mnie to jest coś bardzo ważnego, bo Nikki już ma te swoje 25 miesięcy (tak, tak, mój maluszek 3 kwietnia obchodził 2,5 roku), więc ciężko mu się przestawić na coś innego. To znaczy się ja mu nie ulegam, że może mi wymyślać w jedzeniu, bo jak mu coś dam, to ma to zjeść. Ale mowa tutaj jest o podstawowej karmie, a nie np. o tym, że przyjdzie pożebrać, człowiek mu da, a on tylko powącha, tak to nie ma. Mama mi do tego opowiedziała, co się zdarzyło przedwczoraj, hehe. Bo oczywiście on sobie biega na wolności cały dzień, a tylko o 22 jest zamykany (jak nie idą do pracy, to goni całą noc, ale jak idą, to go zamykają, bo ich w nocy budzi). I mama mówi, że słyszy chrumstanie i myślała, że to tata, bo on zawsze tak. No to krzyknęła na niego, żeby przestał, bo nie może się skupić na filmie, a on, że to nie on. Ogląda się, patrzy, a to mały próbował się dorwać do zapakowanej czekolady i dlatego szeleścił sreberkiem. A potem mama przyznała, że mu dała tej czekolady, bo jakże mu nie da, kiedy on chce i jeszcze popatrzy się tymi ślepkami. Ha, i skąd ja to znam, zrobi maślane oczy i człowiek jak mu czegoś nie da, to czuje się jakby co najmniej jakąś zbrodnię popełnił. On jest taki, że by ci z ust coś wyrwał, serio. Ale za to jest BARDZO delikatny, to pies Uli nie jest taki. Jak mój mały Nikkuś coś bierze to języczkiem (a język królika jest delikatny, nie szorstki jak psa). Chyba, że daje mu się coś trzymając to palcami to wtedy ząbkami, ale robi to tak delikatnie, że nawet nic nie czuć. Taaa, ale myślicie, że od zawsze taki był? No nie, jak był mały to „chapał” wszystko co się dało. Jednak metodami dobrego wychowania nauczył się być delikatnym. A najlepsze jest, kiedy mnie myje rano, hehe. Nieraz jak wstałam to oczywiście zaraz szłam mu dać rano papu, bo sam sobie nie weźmie. On się wtedy zawsze tak z klatki bardzo mocno wystawiał, to nachylałam głowę, a ten brał się do mycia, poważnie. I to takie przyjemne, bo jak już wspomniałam, on ma naprawdę bardzo delikatny języczek. Albo jak nieraz wsadziłam tam do niego głowę, a on mi się zaczynał bawić włosami, tak że je sobie brał do pyszczka, ciągnął, a potem zostawiał w spokoju w nienaruszonym stanie. Albo jak sobie teraz przypominam, nieraz jak siedziałam przy kompie i wcinałam loda, a on zaczął się wystawiać z klatki, bo poczuł coś... to za pierwszym razem miałam loda na patyka i zupełnie dla jaj wystawiłam się koło niego, zapytałam „chcesz?” i podstawiłam, a on co zrobił? No zaczął mi kurde loda kraść! Tak mu posmakował, że mi jedną trzecią zjadł żarłok mały. Ale od tej pory już się z nim wszystkim dzielę, bo on to zje co mu się da (oprócz mięsa rzecz jasna), bo to straszny łakomczuszek. A paluszki to uwielbia, hehe. Właśnie sobie obejrzałam ostatnie fotki jakie mu zrobiłam i oczywiście uroniłam łezki. Uwielbiam pstrykać mu fotki, a odkąd mamy aparat cyfrowy, stało się to moim nałogiem. A i on przywykł od małego i już mu nic nie przeszkadza, zachowuje się jak gdyby nigdy nic, tylko czasami podchodzi do obiektywu i wącha co tam mam. Nawet i lampa błyskowa nie robi na nim żadnego wrażenia! Urodzona z niego gwiazda. Szkoda tylko, że nigdzie jeszcze nie widziałam, żeby poszukiwali królików, choć przecież muszą skądś brać te zwierzaki np. na Wielkanoc, czy na opakowania karm dla futrzaków. W necie patrzyłam, ale albo nie poszukują, albo jestem ślepa... muszę go jakoś rozreklamować... muszę go nagrać (oprócz tego, że daje mi ze sobą robić co chcę, bo to już mam) jak robi te swoje fajne rzeczy i puścić to po prostu w obieg, może go ktoś dostrzeże, bo to taka szkoda, żeby taki talent się zmarnował. Muszę, po prostu muszę, bo on się do tego po prostu idealnie nadaje...
O jaaaaaaaaaaaaa.... w moim domowym radiu (Winamp i piosenki, jakie mam na kompie) leci właśnie „Missing You” AK. Boziu, jak ja dawno tego nie słyszałam – jest to moja ulubiona piosenka z jego trzeciego albumu. Już się nie mogę doczekać tego czwartego, który wyda po niemiecku. Pięć piosenek jest już wybranych i musi je tylko zaśpiewać, ale co to za jedne? I jak brzmią? BARDZO jestem tego ciekawa [o jaaa, mój ulubiony moment, hehe] i mam nadzieję, że wyda to jak najszybciej, bo w końcu gra w teatrze tylko do 17 czerwca.
Hahaha, zawsze kiedy napiszę, że już będę kończyć, to przychodzi mi do głowy masa pomysłów, które zapisuję. Dziwne, nie? A jednak mimo wszystko prawdziwe jak cholera.
Właśnie miałam coś napisać, ale babcia zawołała mnie na obiad i nie mam zielonego pojęcia, co miałam przed chwilą na myśli. Musiałam zjeść rosół... jezuuu, ja jadam rosół jedynie roboty mojej mamy, bo nie ma w nim ani grama tłuszczu kurzego, a u babci są takie wielkie oczy po całej zupie... zjadłam więc makaron, jarzyny i nieco z góry tej wody, a jak babcia poszła na fajeczkę na balkon wylałam to. Do teraz mam nawet niesmak w ustach i mi niedobrze z tego powodu. Tyle dobrze, że mnie nie zmusza do jedzenia innego mięsa i nie dodaje go ze względu na mnie.
Aaa, już mam co miałam napisać: że właśnie stworzyłam nowy clip, tyle że nie taki co zawsze. Jak ostatnio jechaliśmy do Niemiec, to bawiłam się aparatem i nagrywałam samochody wyprzedzające ciężarówki/autobusy na ciągłej linii oraz jak polscy kierowcy nie przestrzegają ograniczenia na Zakopiance, które wyraźnie mówi, że nie należy przekraczać 70km/h. I podłożyłam do tego muzyczkę „Dangerzone” – Vanilla Ninja, która pasuje mi idealnie (sam clip nazwałam „Dangerzone on the polish roads”). Ciekawa tylko jestem co na to policja, kiedy podeślę im link do klipu, hahaha. Ale poważnie, przechlapane będą mieć ci kierowcy, bo widać ich tablice rejestracyjne i nie mam zamiaru im popuścić, poważnie. Bo to właśnie ze względu na takich głupków dochodzi do śmiertelnych wypadków i możliwe, że taki właśnie kiedyś we mnie, albo i kogoś innego wjedzie. Ludzie powinni pomagać sprawiedliwości i ja zamierzam być przykładnym obywatelem. Zaraz, kogo ja tu oszukuję? Sama nieraz przekraczam dozwoloną prędkość, tyle tylko że na prostej drodze i jak nic nie jedzie, taki ze mnie chojrak. Ale co było jeszcze lepsze niż filmowanie tych samochodów. Kiedy to już się ściemniało, a ja robiłam fotki tablicom, które mijamy i akurat trafiłam tak, że jedna była prawie pod mostem, a w tym czasie jakiś samochód nas wyprzedzał. I mój tata zauważył, że jak facet tylko zobaczył błysk (była to oczywiście lampa błyskowa mojego aparatu), to natychmiast zwolnił, bo myślał, że właśnie na tym moście zrobili mu zdjęcie. I od tamtej pory (póki mi baterie nie padły), jak tylko jakiś samochód jechał za szybko, ja natychmiast robiłam zdjęcie, on zwalniał, a my w śmiech. Ale najlepsze jest to, że ci ludzie mogli pomyśleć, że jacyś nowi tajniacy na drodze, zwłaszcza, że z tyłu wystawała klatka Nikkusia, a oni zapewne byli przekonani, że to na psa policyjnego. Kurde, ale mieliśmy ubaw po pachy, hehe.
Ohh, yeah – „Alextasy” – jak ja kocham tę piosenkę, haha. No naprawdę, za każdym razem jak ona się zaczyna w moim domowym radiu, to przypomina mi się wersja live, która no cóż, będąc szczera, nie wstrząsnęła mną, gdyż on się tam wydzierał. Dlatego zdecydowanie wolę nagranie z mojego albumiku, hihi.
I właśnie odkryłam, czemu nie mogłam się wcześniej skupić i już wiem dlaczego: przez te cholerne słuchawki!!! Kiedy mam je na uszach, to jakoś mi w nich dudni i nie myślę racjonalnie. A kiedy muzyczka idzie sobie normalnie i kulturalnie przez głośniczki, to nawet jak dziadek w tym samym pokoju głośno ogląda TV, to mogę się odizolować, niczym podczas oglądania dobranocki za dziecka. I gdzie w tym logika???? No ja się PYTAM!!! Ale nic, ważne, że to odkryłam w porę i już wiem, co mam robić, żeby się porządnie skupić nad tym co robię.
No nic, za pół godzinki idę z babcią na spacer, a raczej jedziemy na rowerach, bo czas w końcu wyjść z domu i się przewietrzyć, więc nie wiem, czy jeszcze coś dzisiaj dopiszę do tej notki. Możliwe, że po powrocie jedynie obejrzę sobie „Upiór z Opery” – no najwyższy czas!!! I już nic nie będę tutaj pisać. Wiem, wiem, to miała być przełomowa nota, bo w zasadzie to tą notką chciałam wynagrodzić wszystkim czytelnikom marność poprzedniej, ale chyba jednak mi się to nie uda, gdyż już nie mam żadnych pomysłów na zapisanie tutaj czegokolwiek, przynajmniej na razie. Może wieczorem jeszcze coś się pojawi.
No i wróciłam sobie ze spacerku z babcią, zrobiłyśmy ponad 5km, ale nie mam żadnej ochoty na pisanie dalej czegokolwiek, bo zaraz się zabieram z filmek pt. „Loco Love”, znaczy się będę z babcią oglądać, choć wolałabym... z Nikkusiem, no bo co? W końcu to mój Romeo ;)

A na koniec chciałabym dodać ważną informację, którą zapomniałam dodać już chyba ze dwie/trzy notki temu. Otóż w końcu założyłam tego, jak ja to go nazwałam, „tajemniczego” bloga, czy jakoś tak. I ważna informacja dla wszystkich, którzy chcieliby go szukać: nikomu nie uda się go znaleźć, bo tak go zakamuflowałam, że hoho. I nawet mogę podać adres: mój plecak, wewnętrzna kieszeń. Tak, tak, zdecydowałam się na pamiętnik na papierze, tyle tylko, że z tego co pamiętam, to ostatni raz tam pisałam z miesiąc temu i w zasadzie to sama nie wiem, gdzie go wsadziłam (przez przeprowadzkę) i najpierw muszę go poszukać, żeby móc w nim coś zanotować, coś, co ostatnio (pozytywnie) wstrząsnęło moim życiem, a czego tutaj nie zdradzę, bo jeszcze niepowołane osoby mogłyby się dowiedzieć co to się stało, a tego bym wcale nie chciała.

Wtorek, 8 maja, 0.05 w nocy, w domu


I oczywiście musiało się tak stać, wiedziałam, że tak będzie! Na moje USB skopiowałam złą notatkę, więc obecnej nie mogłam zamieścić, kiedy to byłam w MM-Sprachlabor po pracy. Jaaasne, aż mnie tyłek boli od siedzenia, dzisiaj to siedziałam sporo czasu na tyłku.
A jaki miałam sen! Ha, śniło mi się, że razem z koleżanką poszłam do mojego liceum na lekcje, bo się okazało, że wracamy do szkoły, ale sama właściwie nie wiedziałam po co. Kiedy weszłyśmy obie do klasy, okazało się, że tam są już jacyś ludzie. I zaczęłyśmy im mówić, że teraz my tam mamy lekcje. Potem przyszła jakaś nauczycielka, która się pytała, kto nam rozdał plan. A potem wyszło na jaw, że my patrzyłyśmy na rozkład zajęć na środę, a nie na poniedziałek, więc zaczynamy dopiero za dwie godziny. I wtedy przejrzałam swój plan lekcji i coś mnie „pikło”, że jak będę chodzić na lekcje, to kiedy ja będę pracować, skoro one trwają do godziny 18 i nie przeżyję kolejnego stresu z matmy. Więc w tym wolnym czasie wybrałam się do gabinetu dyrektora i chciałam z nim/nią porozmawiać. Kiedy weszłam, zwróciłam się do jakiejś pani, która mi wskazała tę nauczycielkę, która uświadomiła mi wcześniej, że źle patrzyłam na plan. I wtedy wyskoczyłam jej z tekstem „to pani jest dyrektorką?!”, a ona popatrzyła na mnie jak na kogoś kto spadł z księżyca, a mnie zrobiło się strasznie głupio. Potem zagaiłam do niej „pani wie, w jakiej sytuacji jestem”, na co ona przytaknęła, więc ciągnęłam dalej: „i zastanawiałam się, po co ja mam uczęszczać na wszystkie zajęcia, skoro i tak to nie zmieni moich końcowych ocen? Więc pomyślałam sobie, czy nie mogłabym jedynie chodzić na zajęcia z języka polskiego jako wolny słuchacz, żeby nie zapomnieć”, a ona odpowiedziała mi: „tak, masz rację” i mój sen się skończył. No kurde, co to za sen??? Kto to widział, żeby takie głupoty się człowiekowi śniły?!
Jak byłam dzisiaj, a raczej już wczoraj na uniwersytecie to nie miałam co robić w tym pomieszczeniu z kompami, serio, więc nawet nie byłam do 18, kiedy to zamykają i tak jak sobie planowałam, że zostanę do 20. Nic mi się nie chciało, ale to chyba przez tę pogodę, jest ciemno, szaro i zimno, że już o deszczu nie wspomnę...
Ale za to dzisiaj był nastrój do obejrzenia sobie w końcu „Upiora z Opery”. Jejciu... jaki ten Eryk biedny. Nie dość, że od dziecka był wyśmiewany i pokazywany jako „dziecko diabła” ze względu na spaloną prawą część twarzy, to jeszcze potem Christine go odrzuciła. Kurczę... Tak mi go żal było. Przede wszystkim kiedy po raz pierwszy obserwował ją na dachu, kiedy to się całowała z Raulem, a wcześniej rzuciła różę Eryka na podłogę, co dało mu do zrozumienia, że nic dla niej (ta róża) nie znaczyła. Tak naprawdę to ofiarą w tym jest cały Eryk, kompromitowany i odrzucany przez środowisko. Ale czego można się spodziewać po ludziach żyjących w roku 1890. Oni nie rozumieli, że to nie jego wina, a traktowali go jedynie jak wybryk natury i w ogóle nie dostrzegali jego talentów. I nie dziwię mu się, że znienawidził tych ludzi. Jednak miłość do Christine go zmiękczyła. On tylko na zewnątrz był szorstki i oschły, a wewnątrz zagubiony jak małe dziecko. Doskonale opisuje go finałowa scena, kiedy to jest okrutny wobec Raula, który przyszedł uratować ukochaną, i zawiązuje mu pętlę wokół szyi, a dziewczynie każe wybierać: albo go poślubi, albo jej ukochany zginie. I kiedy ona podchodzi do Eryka i bez żadnej odrazy patrzy mu prosto w oczy (wcześniej zdjęła mu maskę, która zakrywała szpetną część jego twarzy), a potem namiętnie całuje, on nie może tego wytrzymać, jego serce pęka, a jednak uwalnia ją i każe im obojgu odejść... A kiedy ona wraca, na jego twarzy pojawia się nieśmiały uśmiech, gdyż ma nadzieję, że jednak postanowiła z nim zostać. Jednak kiedy okazuje się, że wróciła jedynie po to, by oddać mu jego pierścionek, rozpacz powraca do jego duszy i po jej odejściu zaczyna płakać. I jak tu mu nie współczuć? Gdyby naprawdę jej NIE kochał, przetrzymywałby ją u siebie wbrew jej woli. Tyle, że on rozumiał, że miłość wymaga poświęceń, a kochać to znaczy pozwolić być kochanej osobie szczęśliwą... Rzecz jasna jest ze mnie mazgaj, bo podczas tej finałowej sceny sama się popłakałam.
Ojejciu, ale się rozpisałam, już jest wpół do 1 w nocy, a czas do spania. W końcu od popołudnia już mi się spać chciało, więc czemu nie skorzystać i nie iść, skoro i tak rano trzeba wstać? Mam jedynie nadzieję, że głupi sen się NIE POWTÓRZY!!!

Wtorek, 8 maja, 21:45, w domu


A jednak stało się, znowu miałam jakiś głupkowaty sen, tyle, że nawet nie warto o nim wspominać.
Wracając do wczorajszego dnia, miałam opisać parę spraw, które się wydarzyły. Kiedy to wracałam autobusem z uniwersytetu, na którym po raz pierwszy nie miałam czego robić (żadnego newsa, nic), wydarzył się koszmar: przez ¾ drogi do domu w tymże autobusie darło się dziecko. Ale to nie był płacz, że coś mu dolegało, tylko coś chciał, a matka nie chciała dać. Za każdym razem, kiedy jego matka mu się sprzeciwiała, ten mały bachor darł się jeszcze gorzej i to było tak, jakby co najmniej obdzierała go ze skóry. Na jej miejscu dałabym mu w dupę i by się zamknął. Terroryzował cały autobus 2-letni smarkacz. Aż mnie od tego głowa rozbolała. Ha, ale to nie jest jeszcze najlepsze. Kiedy na przystanku wysiadałam z autobusu jako ostatnia, kierowca zamknął drzwi na mnie (nie przede mną, proszę nie mylić tych dwóch pojęć) tak, że mi zatrzasnął rękę, którą w ostatniej chwili udało mi się wyjąć. No coś takiego mnie jeszcze nie spotkało...
A co do dzisiejszego dnia. Znowu rano obudziłam się o 6, ale nie widziałam żadnego sensu, by wstawać o tej godzinie. A kiedy za piętnaście ósma zadzwonił mój budzik, zaczęłam naciskać na drzemkę, bo w ogóle nie chciało mi się wstać. W pracy postanowiłam sobie zostać 6 godzin, jak się potem okazało długich i męczących [domowe radio: „Anytime You Want Me” – yeah, yeah]. Przez całe te godziny pakowałam bez przerwy [„...baby, baby... if you kiss me...”, hehe] i teraz nogi włażą mi do tyłka, bo przez cały ten czas stałam. Naprawdę, nie mogłam się doczekać kiedy to się skończy i kiedy wrócę do domu. Nawet nie chciało mi się jechać na uniwersytet, taka zmęczona byłam. A do tego głodna jak wilk. Po przyjściu do domciu, papu już czekało, zupa pomidorowa i pizza. A potem ciacho, hehe. Jejku, jestem taka padnięta, że nawet mi się nie chce pisać. Ale i tak nic straconego, bo jak widać, dzisiaj nic ciekawego się nie wydarzyło, same nudy i tyle. Dzisiaj czas iść wcześniej spać, a w ogóle to popracować nad tłumaczeniem na nowego newsika – dobrze, że sobie wczoraj w MM-SL wydrukowałam co mam zrobić, to będę mogła spokojnie w łóżeczku popracować, nie męcząc oczu monitorem komputera. A może lepiej obejrzę filmek... jeszcze nie wiem. W każdym bądź razie wydaje mi się, że na dzisiaj koniec relacji z mojego pozbawionego kolorów życia.

Wtorek, 8 maja, 22:05, w domu


Ja zaraz NIE wytrzymam!!! No wiedziałam, WIEDZIAŁAM, zawsze jak próbuję coś zakończyć, to mi się przypomina kupa rzeczy do zapisania. A mianowicie: od dzisiaj boli mnie lewa strona gardła i nic nie pomaga. Ale to wszystko wina dziadka! Bo chodzi po domu i rozsiewa zarazki. Nie zakrywa ust, kiedy kaszle, a powszechnie wiadomo, że zarazki wydmuchiwane z ust mają zasięg 10 metrów. I teraz :sprzedał” mi swój ból. A ja nie chcę być chora! Muszę do pracy, a przede wszystkim (jeśli oczywiście nadarzy się taka okazja) na dzień otwarty w TdW! Nie chcę nie jechać, kiedy będę mieć okazję. Bo kiedy ostatnio byłam, to miałam nie jechać, miałam wszystko odwołać, bo oczywiście zachorowałam. Mama się starała, żebym wyzdrowiała, i oczywiście polepszyło mi się, ale i tak pojechałam jeszcze chora. A teraz? Teraz to mnie babcia nie puści. Dlaczego ja? Dlaczego JA zawszę muszę mieć takiego PECHA??????

Środa, 9 maja, 20:35, w domu


Po dzisiejszym dniu jestem wykończona, znowu pięć godzin tylko pakowałam i cały czas stałam na nogach. Ale jestem taka podekscytowana tym co się dzisiaj rano na peronie stało, że po prostu musiałam uruchomić komputer, żeby to opisać. Kiedy weszłam na peron, kilka minut po mnie pojawiło się tam kilku gości w ciemnych, zielonych mundurach z ochraniaczami na nogach (od kolan aż po buty!). Nigdzie nie mogłam dostrzec, co to za ludzie. Pierwszy szedł z mikrofalówką i coś mówił do innego, a za nim szło jeszcze kilku innych gości i zaczęli się ustawiać w szeregu co 10 metrów. Drugi od prawej stał prawie że przede mną. Wtedy dojrzałam na jego lewym ramieniu mały, żółty napis „Polizei”. Po peronie przechadzali się różni ludzie oczekujący na pociąg. Nagle pierwszy facet od mojej prawej strony gwizdnął i wskazał pewnego człowieka swoimi dwoma palcami i w tym momencie wszyscy rzucili się na tego niskiego, raczej okrągłego i łysawego facecika, który w pierwszej chwili wyrywał im się. I to miało miejsce 2 metry ode mnie! Gdyby nie oni, to mogłabym zginąć, bo mógłby mnie jeszcze wziąć jako zakładnika, albo co gorsza, policja by nie wiedziała, że mają na niego czekać, a on dzisiaj mógłby mnie dźgnąć nożem. No dooobra, może trochę fantazjuję, ale hej, w końcu wszystko jest możliwe. W tym czasie nadjechał pociąg, do którego musiałam wsiąść. Ale cały czas obserwowałam akcję zatrzymania. Kiedy weszłam do pociągu, zajęłam pierwsze wolne miejsce przy drzwiach, tak że miałam dobry widok na całe zdarzenie. Widziałam wszystko, jak go przeszukiwali i jak zakładali mu kajdanki, a na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmiech, jakby mówił „ha, może i mnie macie, ale i tak mi nic nie zrobicie”. I właśnie w tym momencie miałam okazję zobaczyć, ilu ich dokładnie było: pięciu, PIĘCIU umundurowanych policjantów z ochraniaczami na jednego, niewinnie wyglądającego gościa!!! A potem zeszli na dół po schodach i już ich nie widziałam.
Dziwnie to zabrzmi, ale już mi się nie chce nic pisać, bo jeszcze muszę zrobić nowego newsa na jutro na stronę. Ale najśmieszniejsze jest to, że dzisiaj w autobusie, jak i w pociągu zapisywałam sobie od pauz co mam dzisiaj ująć w notatce z dzisiejszego dnia, na co w chwili obecnej nie mam już siły. Jeśli jutro nie będę na tyle zmęczona, to na uniwersytecie poopisuję rzeczy, które miałam zapisać dzisiaj. Wiem, niezłe masło maślane z tego wychodzi, ale naprawdę jestem bardzo zmęczona i nie bardzo mam ochotę się tutaj jeszcze wypowiadać. Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej.

Czwartek, 10 maja, 14:00, w uniwersyteckiej bibliotece


Jejciu! Jestem taka beznadziejna, a do tego czekam na głupie krzesło. Zamiast zajmować się sprawami jak każdy normalny człowiek, to nie, wczoraj mi odbiło i ocztywiście musiałam się popisać... do wpół do dwunastej! A dzisiaj jeszcze rano budzik na szóstą ustawiłam, żeby dokończyć. Obudziłam się o 5:35, a kiedy mój budzik zaczął dzwonić, oczywiście nie miałam siły by wstać. I tym sposobem całe trzy godziny w MM-Sprachlabor poświęciłam na dokończenie mojego genialnego „dzieła”. Pewie się zastanawiacie, co to jest. Otóż zachciało mi się robić artykuł prasowy na stronę! Zamiast kulturalnie przetłumaczyć go, wstawić oryginalny skan, to nie... musiałam się wychylić i zmienić sobie tekst na język polski w całym artykule. I jakby tego jeszcze było mało, to mi program nie chciał robić polskich znaczków! Boże, ile ja wczoraj nerwów zjadłam. A do tego nie dokończyłam, wic zabrałam dzisiaj. I bądź co bądź, udało mi się przebrnąć przez wszystkie przeciwności losu i skończyłam. A muszę przyznać, że całkiem nieźle mi to wyszło. Gdyby nie napis na górze... A gdybym się za to nie zabrała, tylko robiła normalnie, jak bozia przykazała, to będąc z MM-SL weszłabym na moje forum i ściągnęła sobie wywiady z TV, gdzie są linki i w weekend mogła opracować wszystko. A tu co? Owszem, ściągnięte, ale co mi z tego, jak dopiero w poniedziałek będę mogła je zamieścić na moim USB... I w ogóle nie mam teraz nastroju do pisania choć rano baaaardzo miałam. Ale to dlatego, że stoję, a przez ostatnie dwa dni ustałam się jak cholera i aż mi za przeproszeniem nogi do dupy właziły.
Nie wiem, jeszcze zobaczę, czy to teraz umieszczę, czy poczekam na krzesło, żeby dopisać parę rzeczy, a za ten czas pójdę na fora...

Czwartek, 10 maja, 14:40, dalej w bibliotece


No, w końcu dorwałam jak w dżungli krzeszło i mogę sobie siedzieć, nie narażając mojego kręgosłupa, jak i nóg na cierpienie. I właśnie wypowiedzialam się też na moim forum, hehe. Tak sobie dzisiaj myślałam w drodze tutaj, że ja to powinnam miec przy sobie nie wiem, jakiś mini komputer, żeby zapisywać po drodze to, co się wydarzy. Bo są chwile, w których mam tysiące pomysłów na to co napisać, a znowu kiedy mam się za to zabrać, ogarnia mnie niemoc.
Tak sobie dzisiaj i wczoraj niesmialo marzyłam, że gdyby nam sie ten wyjazd udał, to może dorwałybyśmy Kubę, który to by nas po całym teatrze oprowadzał? Wiem, marzenie ściętej gowy, ale co ja na to poradzę, że tak sobie myślę... No bo wtedy byłoby wręcz idealnie. No nie licząc biednego chłopaka, który byłby przez nas wyzyskiwany (ojj, zwłaszcza przez „amy”, zwłaszcza przez nią, haha).
A tak w ogóle to już mi się tutaj coś nie chce siedzieć i nie wiem, czy zaraz nie wrócę do domu. Jezuuu, czemu ja jestem taka głupia i bawiłam się w ten durnopwaty fotomontaż, zamiast wcześniej wejść na swoje forum, ściągnąć filmiki z telewizji, a w weekend zajmować się jakimś szczytnym celem. Ale co zrobić, takie osobniki jak ja najwyraźniej gdzieś po drodze zgubiły część mózgu odpowiedzialną za poprawne myślenie. Ale nic, ciekawa jestem tylko jak wyjdzie ta moja mała kombinacja i czy będzie szeroko omawiana przez sektę. HA, już to widzę, zagorzałe rozmowy z ich strony, HAHA.

Komentuj (Powrót)